Napięcie rośnie, gdy play-offy NBA zbliżają się wielkimi krokami, a konfrontacja Boston Celtics z Philadelphia 76ers zapowiada się jako prawdziwy klasyk. Choć fani w Orlando głośno skandowali, że chcą rywalizować z Bostonem, los rzucił ich na twardy grunt, gdzie czeka już wyczerpana, choć zdeterminowana, ekipa z Filadelfii. Czy powrót gwiazd Celtics po kontuzjach wystarczy, by przełamać historyczną niemoc Sixers? Przygotujcie się, bo to starcie może być bardziej zacięte, niż sugerują statystyki.
Czy historia jest po stronie Celtics, czy to tylko złudzenie?
Ta seria zapowiada się na klasyczne starcie Wschodu, ale kontekst jest niezwykle skomplikowany. Mieliśmy już cztery spotkania w sezonie zasadniczym między tymi drużynami, a bilans to 2-2. Niby równo, ale kluczowe jest jedno: Jayson Tatum nie brał udziału we wszystkich tych meczach. Co więcej, po drugiej stronie barykady, sytuacja Joela Embiida jest niepewna po niedawnym zabiegu usunięcia wyrostka robaczkowego. To oznacza, że kibice, mimo zapału, mogą zobaczyć tylko ułamki potencjału obu ekip. Jak zauważono w doniesieniach, „(…) ani jedna, ani druga drużyna nie widziała siebie w pełni sił”.
Jednak gdy przyjrzymy się głębiej, obraz staje się wyraźniejszy dla Bostonu. W erze tandemu Tatum-Brown, Celtics mają wyraźną przewagę psychiczną i historyczną nad swoimi rywalami. Przywołajmy słynny incydent, gdy Embiid próbował sugerować, że Sixers „wkradli się do głów Bostonu”, a ówczesny zawodnik Celtics, Marcus Morris, odpowiedział, pokazując trzy palce, a potem zero, sygnalizując prowadzenie 3-0 w serii. To było osiem lat temu, ale symbolizuje długotrwałą dominację.
Historycznie, jeśli cofniemy się do roku 1982, Celtowie wygrali absolutnie każdą serię play-offową przeciwko Sixers. „Od 1982 roku Celtics wygrali wszystkie serie play-offowe przeciwko Sixers. Wygrali 26 z 40 spotkań od tamtego czasu”. Jeśli Philadelphia marzy o przełamaniu, musi uważać, czego sobie życzy, bo historia potrafi być bezlitosnym sędzią.
„Jayson Tatum z ograniczeniem minut” i pułapka Tyrese’a Maxeya
Mimo solidnego finiszu sezonu zasadniczego, gdzie powrót duetu Tatum-Brown okazał się kluczowy – Celtowie przegrali zaledwie trzy razy od początku marca, gdy Tatum wrócił do gry – pierwsza runda to zawsze sprawdzian charakteru. Nawet jeśli Embiid nie zagra, Sixers pod wodzą Tyrese’a Maxeya nie będą łatwym przeciwnikiem.
Maxey w tym sezonie przeciwko Bostonowi pokazuje się absolutnie fenomenalnie. Ten 25-letni rozgrywający notuje średnio 30,0 punktów i 8,8 asysty, trafiając niebotyczne 51,4% za trzy punkty przeciwko C’s w tym roku. W pierwszym meczu sezonu, wygranym przez Sixers 117-116, Maxey zdobył 40 punktów przy imponującej skuteczności 54,2% z gry, trafiając 7 z 9 prób za trzy. To dowód, że nawet bez swojego byłego MVP, Filadelfia ma broń zdolną zadać ból.
Dla duetu Tatum i Brown będzie to pierwsza prawdziwa próba w play-offach od dłuższego czasu. Oczekuje się, że będą oni najlepszymi graczami na parkiecie, ale Maxey i ewentualnie Paul George (który nie grał przeciwko Bostonowi od 14 miesięcy) mogą dać im naprawdę zacięty bój. Nie możemy zapominać o jednym z kluczowych aspektów powrotu Tatuma: ograniczeniu minut. Właściciele drużyny będą ostrożni. Jak sugerują doniesienia, „po nowej aktualizacji powrotu Jayson Tatum, nałoży się na niego ograniczenie minut, gdy dołączy do zespołu 'Jaylen Brown’s’ Celtics”.
To narzuca pewien styl gry, zmuszając trenera do mądrzejszego zarządzania rotacją. Czy z takimi ograniczeniami Boston udźwignie serię, w której Maxey rzuca na tak kosmicznej skuteczności? Ta seria może zakończyć się szybkim 4-0 dla Celtics lub niespodziewanie pójść na pełne siedem gier. Jedno jest pewne: niedzielne popołudnie zapowiada się elektryzująco.









