Wyobraźcie sobie scenariusz, w którym Król jest zagrożony. Lider Los Angeles Lakers, LeBron James, po dwudziestu jeden sezonach z rzędu jest bliski nieobecności na Meczu Gwiazd NBA. Szokujące wstępne wyniki głosowania wskazują, że „King James” plasuje się dopiero na dziewiątej pozycji wśród graczy Konferencji Zachodniej. Ta sytuacja wywołała burzę, a głos w obronie supergwiazdy zabrał… jego dawnynemezis, Draymond Green.
Czy Draymond Green ma rację, żądając „ratunku” dla LeBrona?
Sytuacja jest bezprecedensowa. LeBron James, ikona ligi, ma szansę opuścić All-Star Weekend po raz pierwszy od swojego debiutanckiego sezonu. W obecnym systemie głosowania, który eliminuje podział na pozycje, pięć pierwszych miejsc to twarda bariera. W obliczu tego, skrzydłowy Golden State Warriors, Draymond Green, wykorzystał swój podcast, by wystosować nietypowe wezwanie do ligi.
Green, który przez lata był jednym z najbardziej zaciekłych rywali Jamesa, nagle stał się jego nieoczekiwanym orędownikiem. Jego stanowisko jest jasne, choć kontrowersyjne: NBA musi znaleźć sposób, aby LeBron James znalazł się w składzie, niezależnie od woli kibiców czy trenerów. Tak argumentował Green, jak donosi źródło:
„Czy dostanie się do składu rezerwowych, wybrany przez trenerów? Nie wiem, zagrał tylko w czternastu meczach. Nie wiem, jak oni na to patrzą, ani co zrobią. Ale wiem jedno: muszą się upewnić, że on tam będzie – to w końcu LeBron James i jest tym, kim jest dla tej ligi. Zaczął sezon z kontuzją, ale nie wiem. Nie znam właściwej odpowiedzi, poza tym, że musimy to jakoś rozwiązać.”
To odważne stwierdzenie. Green sugeruje, że wartość wizerunkowa i historyczna Jamesa przewyższa bieżącą formę czy nawet wyniki głosowania. Argument bazuje na fakcie, że kibice, żądni elektryzującego widowiska, chcą zobaczyć starsze legendy – Jamesa, Curry’ego, Duranta i Hardena – razem na parkiecie jako reprezentantów Ameryki w nowym formacie All-Star.
Czy NBA ugnie się pod naciskiem i pogwałci zasady dla „Kinga”?
Choć LeBron w ostatnich dziesięciu meczach wyraźnie podkręcił swoje statystyki, częściowo z powodu nieobecności Austina Reavesa, droga do pierwszej piątki jest wyboista. Czy sam fakt gry w Lakers i jego status sprawią, że kibice masowo rzucą się do głosowania? Być może. Ale co jeśli nie?
Zasadniczo, Mecz Gwiazd to produkt marketingowy, a LeBron James jest jednym z najcenniejszych jego składników. Mimo to, liga rzadko przyznaje miejsca na zasadzie „zasług honorowych”, jeśli zawodnik nie zostanie wybrany przez oficjalne mechanizmy. Przeszłość jest tu jednak niejednoznaczna. Pamiętamy, że komisarz Adam Silver zaprosił Dirka Nowitzkiego i Dwyane’a Wade’a do składów w ich sezonach pożegnalnych. Jednak te sytuacje były poprzedzone powszechnym, sezonowym hołdem kibiców dla odchodzących legend.
W przypadku Jamesa sytuacja jest inna. Nie zasygnalizował on, że to jego ostatni sezon. Dlatego środowisko koszykarskie zastanawia się, czy komisarz Silver odważy się na interwencję, która mogłaby zostać odebrana jako faworyzowanie. Draymond Green, rzucając te słowa na wiatr, wywiera presję, argumentując, że brak LeBrona obniży prestiż wydarzenia.
Prawdziwa droga LeBrona do All-Star: kontuzje i szacunek kolegów z ligi
Wygląda na to, że dla Jamesa pozostają dwie realistyczne drogi do wzięcia udziału w All-Star Game, pomijając protesty Greena. Pierwszą jest nagłe zwiększenie zaangażowania fanów w procesie głosowania – co jest trudne, biorąc pod uwagę dotychczasowe wyniki. Drugą, bardziej prawdopodobną scenariuszową furtką, jest rola zastępcy kontuzjowanego gracza. Jak co roku, na kilka tygodni przed wydarzeniem, kilku zawodników wycofa się z powodu drobnych urazów, a komisarz powołuje zastępców. To właśnie wtedy James, jako globalna ikona, może otrzymać „dziką kartę” od sztabu medycznego ligi.
Jednak by zostać wybranym przez trenerów jako rezerwowy, musi wykazać się formą na poziomie, która przekona szkoleniowców, nawet jeśli ma za sobą tylko 14 meczów. Czy NBA pójdzie na rękę Greenowi i nagrodzi Jamesa za jego długowieczność, ryzykując podważenie uczciwości głosowania? Bardziej prawdopodobne jest, że LeBron musi sam sobie wywalczyć to miejsce, choćby nawet przez symboliczne gesty ze strony kolegów z ligi, rezerwujących dla niego miejsce w składzie jako wyraz szacunku. Na razie publiczne żądania Draymonda pozostają jedynie głośnym westchnieniem w kierunku NBA.









