Horace Grant wciąż ceni Michaela Jordana mimo braku rozmowy po „Ostatnim tańcu”.

Czy po dekadzie ciszy w końcu coś pęknie w relacjach jednego z kluczowych graczy Chicago Bulls z Miśkiem Jordanem? Horace Grant, weteran sześciu finałów NBA, uchylił rąbka tajemnicy na temat swojego stosunku do Michaela Jordana po premierze „The Last Dance”. Mimo medialnych spekulacji, dziś ton jego głosu zaskakuje – szacunek pozostaje, choć rozmowa, na którą czekał, do skutku nie doszła. To historia o lojalności, rozczarowaniu i twardej prawdzie treningowej ery dominacji Bulls.

Horace Grant: Rozmowa po „Ostatnim Tańcu” nigdy się nie wydarzyła, ale szacunek przetrwał

Wszyscy pamiętaliśmy szum, jaki wywołała obecność Horace’a Granta w głośnym dokumencie ESPN i Netflixa. Mówiło się, że Grant ma spore pretensje do sposobu, w jaki przedstawiono niektóre wydarzenia, a plotki sugerowały, że chciał bezpośredniego spotkania z Michaelem Jordanem, by wyjaśnić wszystko łeb w łeb. Prawda, ujawniona w ekskluzywnym wywiadzie dla Heavy Sports, jest bardziej stonowana.

Zapytany, czy tak długo wyczekiwana rozmowa z MJ-em po emisji serialu doszła do skutku, Grant bez ogródek oznajmił: „Nie. Nie, to się nie wydarzyło”. Jednakże, jak sam dodał, brak konfrontacji nie oznacza, że w relacji zapanował chłód: „[‘The Last Dance’] był rozrywkowy, ale my nadal mamy wobec siebie ogromny szacunek i jestem pewien, że on ma szacunek do nas jako drużyny. Było, jak było”. To klasyczne podejście weterana: ważniejsze są zdobyte mistrzostwa niż renegocjowanie narracji historycznej po latach. Grant wydaje się emanować spokojem, co kontrastuje z wcześniejszymi doniesieniami o jego frustracji.

Jak wyglądało piekło na treningach Bulls? Liderzy ustawiali poprzeczkę na nieosiągalnym poziomie

Choć Grant zachowuje dystans wobec kontrowersji dokumentalnych, jego słowa na temat mentalności Jordana i intensywności panującej w Berto Center (ówczesnym centrum treningowym Byków) są absolutnie bezdyskusyjne. Jeśli ktoś chciałby wiedzieć, dlaczego Bulls zdominowali lata 90., powinien posłuchać relacji Granta o sesjach treningowych.

Grant nie ma wątpliwości co do pozycji MJ-a w hierarchii liderów: „Nazwałbym go jednym z najlepszych liderów, z jakimi kiedykolwiek grałem”. Ale liderstwo to jedno, a metody drugie. Grant opisuje treningi jako tak intensywne, że mecze ligowe wydawały się łatwiejsze logistycznie i mentalnie: „Ton był tak napięty, że nie mogliśmy się doczekać meczów”. To nie była leniwa koszykówka; to była ciągła wojna podjazdowa, celowo podsycana przez trenera Phila Jacksona. Jackson stosował taktykę mieszania składów – czasem wystawiał Jordana z drugą piątką, a Grantowi i Pippenowi kazał grać przeciwko nim, tylko po to, by nikt nie czuł się zbyt komfortowo.

A czy dochodziło do spięć? Grant bez wahania potwierdził: „Zawsze!”. Tak, nawet w zespole definiującym dominację NBA, kłótnie były na porządku dziennym. Ale klucz tkwi w celu: „Naszym celem było miażdżenie rywali, wygrywanie meczów i utrzymywanie koncentracji na mistrzostwach. Ogień pozostawał na parkiecie treningowym, nawet gdy emocje brały górę”. To jest esencja mentalności mistrzów – prywatne tarcia eliminowane na rzecz wspólnego celu.

Kto naprawdę ciągnął ten wózek? Obrona talentu lat 90. i niedoceniani bohaterowie Chicago

Często współcześni fani mają tendencję do umniejszania talentu w NBA lat 90., sugerując, że liga była słaba, a Bulls wygrali, bo mieli szczęście do jednego, wybitnego gracza. Horace Grant stanowczo prostuje te mity. Przypomina, że Bulls musieli przełamać hegemonię Detroit Pistons, brutalnie fizyczną ekipę, co samo w sobie było kolosalnym wyzwaniem. Wskazuje na gigantów epoki: „Clyde’a Drexlera, Magica Johnsona i Charlesa Barkleya” jako dowód na to, jak silna była liga.

Kiedy padło pytanie, który kolega z drużyny z tamtego pierwszego three-peat zasługuje na większy szacunek niż dostaje, Grant bez wahania wskazał na backcourt: „B.J. Armstrong”. Nazwał go „cichym zabójcą”, który trafiał kluczowe rzuty i stabilizował ofensywę. Ale nie poprzestał na jednym nazwisku, podkreślając rolę strzelców: „Wspomniałbym też Johna Paxsona i Craiga Hodgesa”. Ci panowie, choć dziś bledną w cieniu Jordana i Pippena, byli absolutnie kluczowi dla wczesnej dominacji Byków w Chicago. To oni otwierali przestrzeń, by MJ mógł czarować.

Obecnie Grant kontynuuje tę narrację w swoim nowym projekcie telewizyjnym, „Legends in Session”. To seria wywiadów, która ma być mieszanką humoru, szczerości i momentów wzruszenia, z takimi gośćmi jak Charles Oakley czy Harvey Grant. Jak sam podkreśla, nie będzie tam miejsca na wzajemne ataki: „Nie będzie żadnego waśnienia, tylko szczera rozmowa o koszykówce lat 80. i 90., dzisiejszej grze i życiu poza boiskiem”. Dla kibiców Jordana i tamtej epoki, to kolejna szansa na wgląd w kulisy legendy.

0 / 5. Ocen: 0

Maniak koszykarski od co najmniej dekady, oglądam wszystko, co się da, żeby być na bieżąco. Od kilku lat w redakcji odpowiedzialny za newsy ze świata koszykówki.

Podobne newsy

1 of 93

Leave A Reply

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *