Knicks zepsuli rynek transferowy, a teraz NBA płaci cenę.

Gorączka trade deadline w NBA nabiera rumieńców, ale w ostatnich spektakularnych wymianach – przenosinach Trae Younga do Wizards i historycznym dealu z Luką Dončiciem do Lakers – zaszła zadziwiająca zmiana w dynamice rynku. Czyżby epoka płacenia workami przyszłych wyborów w drafcie dobiegła końca, a winę za ten stan rzeczy ponosi… New York Knicks? Przygotujcie się na analizę, która tłumaczy, dlaczego wartość przyszłych aktywów drastycznie spadła i kogo możemy spodziewać się w kolejnych wielkich transferach.

Czy Knicks „zepsuli model” rynku wymian NBA przez Mikal Bridgesa?

Analizując ostatnie dwa głośne transfery gwiazd ligi – wymianę, która wysłała Mike’a Conleya do Los Angeles, a wcześniej samego Łukasza Dončicia do Lakers (za Anthony’ego Davisa, z pominięciem przyszłych wyborów draftu) – oraz ostatnie przemeblowanie w Atlancie, gdzie Trae Young trafił do Waszyngtonu w zamian za C.J. McColluma i Cory’ego Kisperta, uderza pewna anomalia. W obu przypadkach drużyny przejmujące supergwiazdy obyły się bez wysyłania w ogonie pakietu cennych, chronionych wyborów w drafcie. To zjawisko nie jest przypadkowe, a według anonimowego dyrektora NBA, winowajca jest jeden: New York Knicks.

„Knicks zepsuli model” – stwierdził tenże pracownik ligi, odnosząc się do wymiany z 2024 roku, w której Knicks pozyskali Mikala Bridgesa z Nets. Dlaczego to wydarzenie miało tak duży wpływ? Otóż za gracza, będącego fantastycznym zawodnikiem typu two-way, ale bez statusu supergwiazdy (średnio 14,8 punktu w karierze i brak All-Star) nowojorczycy wysłali aż pięć wyborów pierwszej rundy! „Zespoły spojrzały na to i powiedziały: nigdy więcej” – podsumował dyrektor. Ta transakcja wyznaczyła punkt zwrotny, podnosząc cenę „tylko” bardzo dobrych graczy do absurdalnych poziomów i skutecznie odstraszając innych od podobnych nadpłat.

Nie można jednak ignorować innych czynników. Nowe zasady dotyczące podatku od luksusu i wprowadzenie ścisłych limitów wydatków (hard caps) zwiększyły presję na posiadanie młodych, tanich talentów, które są gotowe wnosić wartość od zaraz. W rezultacie, ryzyko związane z oddanie przyszłych aktywów, które mogą przynieść szybki zwrot, stało się nieakceptowalne. To wszystko pokazuje, że wyciągnięcie pierwszorundowych wyborów w wymianach gwiazd już nie jest tym, czym było. Dziękować za to możemy Knicks.

Co dalej z Antonym Davisem i Kristapsem Porziņģisem? Wrota do Bostonu stoją otworem

Oczy ligi skierowane są teraz na Atlantę i sytuację związaną z Youngiem, ale prawdziwa karuzela transferowa dopiero się rozkręca. Poza Dončiciem, na rynku transferowym realne wydaje się być zamieszanie wokół Anthony’ego Davisa z Mavericks. W tym kontekście powraca nazwisko dawnego znajomego Mavs – Kristapsa Porziņģisa, który obecnie występuje w Hawks.

Co ciekawe, kibice Mavericks nie powinni panikować na myśl o powrocie łotewskiego centra. Jak sugerują plotki, ewentualny transfer uwzględniający Porziņģisa najprawdopodobniej zakładałby jego wymianę do trzeciego zespołu, który natychmiast po odebraniu kontraktu by go zwolnił. Gdyby jednak jakimś cudem Porziņģis wylądował bezpośrednio w Dallas, to Mavs byliby zespołem, który by go natychmiast zwolnił. To otwiera fascynujące perspektywy dla Boston Celtics.

Dla Celtics, którzy pamiętają, jak wielką siłą KP potrafił być na parkiecie, gdy był zdrowy, ryzyko związane z jego częstymi i, bądźmy szczerzy, tajemniczymi problemami zdrowotnymi, może okazać się warte poniesienia. Mają doświadczenie w pracy z nim. Jeśli Porziņģis niespodziewanie stałby się dostępny jako wolny agent pod deadline, powrót do Bostonu z pewnością byłby priorytetem na jego liście życzeń.

Tymczasem w Miami, fani Heat nie mogą przeboleć, że ich drużyna w ogóle nie brała udziału w rozmowach dotyczących Younga. To paradoks, biorąc pod uwagę, że Miami desperacko potrzebuje solidnego strzelca i posiada kilku graczy z kontraktami, których chętnie by się pozbyło – na przykład często kontuzjowanego Tylera Herro czy Terry’ego Roziera. Jednak problem polegał na tym, że Hawks interesowali się zawodnikami, którzy mogliby pomóc im wygrywać teraz, a żaden z aktywów Miami nie spełniał tego kryterium.

Brooklyn Nets i koszmar generowania przyszłych picków

Lustrując ligę, kluczowym pytaniem jest, który kolejny „klocek” zmieni swoje miejsce na karuzeli transferowej. Czy będzie to wspomniany Davis, czy może Michael Porter Jr. z Brooklyn Nets? Milwaukee Bucks jawią się jako poważni pretendenci do pozyskania MPJ, ale ich problemem jest chroniczny brak kapitału w postaci wyborów w drafcie. Może i minęły czasy płacenia pięcioma pickami za gracza, ale Nets z pewnością oczekują przynajmniej jednego, by móc zacząć odbudowę.

Ciekawym graczem, którego warto bacznie obserwować we wszystkich tych negocjacjach, są Indiana Pacers. Obecnie są oni najsłabszą drużyną w lidze i zmierzają po wysoki wybór w wyjątkowo mocnym drafcie. Jednak Indiana patrzy dalej niż na najbliższe miesiące – planują zgromadzić aktywa z myślą o prawdziwej walce w sezonie 2026-27, kiedy do formy ma wrócić Tyrese Haliburton. Przecież to oni byli finalistami NBA zaledwie rok wcześniej. Jeśli Pacers będą chcieli przyspieszyć ten proces, muszą zdecydować: czy trzymać się przyszłości, czy spróbować wygrać teraz, handlując swoim cennym aktywem drafowym.

0 / 5. Ocen: 0

Maniak koszykarski od co najmniej dekady, oglądam wszystko, co się da, żeby być na bieżąco. Od kilku lat w redakcji odpowiedzialny za newsy ze świata koszykówki.

Podobne newsy

1 of 483