Los Angeles Lakers właśnie zapewnili sobie przewagę własnego parkietu w pierwszej rundzie play-offów, co jest niemałym osiągnięciem dla tej kontuzjami nękanej ekipy. Czy jednak to wystarczy, by odeprzeć nadchodzące wyzwania, zwłaszcza gdy kluczowi zawodnicy mogą nie być w pełni zdrowi? Przyjrzyjmy się, co dokładnie oznacza ten sukces i jakie scenariusze czekają Jeziorowców przed decydującą fazą sezonu.
Lakers przypieczętowują parkiet – czy to już czas na „Big Three”?
Zwycięstwo nad Phoenix Suns wynikiem 101-73 w piątkowy wieczór, połączone z niespodziewaną porażką Houston Rockets (8 zwycięstw z rzędu przerwała Minnesota Timberwolves), dało Los Angeles Lakers pewność, że zakończą sezon zasadniczy z przewagą własnego parkietu w pierwszej rundzie. Rekord 52-29 to solidna baza, a Lakers mają już zagwarantowane miejsce wyżej w tabeli nad Rockets (51-30) dzięki lepszemu bilansowi bezpośrednich spotkań (tiebreaker). Choć w ostatnim meczu sezonu zmierzą się z Utah Jazz, a Rockets z Memphis Grizzlies, to klimat przedplayoffowy w Staples Center (nomen omen) jest zdecydowanie lepszy. Warto zauważyć, że w meczu z Suns Lakers pozwolili rywalom zdobyć zaledwie 25 punktów w drugiej połowie – to defensywna demonstracja siły, na którą fani czekali.
Czy można jeszcze wyprzedzić Denver Nuggets i zgarnąć „trójkę”?
Technicznie rzecz biorąc, Lakers wciąż mają cień szansy na awans na trzecie miejsce, zajmowane obecnie przez Denver Nuggets, którzy notują imponującą serię jedenastu kolejnych wygranych. Aby to nastąpiło, Nuggets musieliby sensacyjnie ulec San Antonio Spurs w niedzielnym starciu, co, choć możliwe w NBA, nie jest scenariuszem wysoce prawdopodobnym. Kluczem pozostaje jednak zasada: jeśli obie drużyny skończą sezon z identycznym bilansem 53-28, Lakers – posiadając tiebreaker – wyprzedzą ekipę Nikoli Jokicia. Niezależnie od wyniku spotkań niedzielnych, najważniejsze jest to, co powiedział sam zespół: Lakers mają zagwarantowane rozegranie pierwszego meczu play-offów u siebie. To potężny zastrzyk morale dla ekipy, która borykała się z poważnymi problemami kadrowymi.
Czy podopieczni Redicka to najłatwiejszy kąsek w lidze?
Ta pozytywna wiadomość przychodzi w momencie, gdy Lakers balansują na krawędzi, być może pozbawieni kluczowych graczy – Austina Reavesa i (w kontekście ostatnich doniesień) nawet wymuszenie obecności Luki Doncicia w pierwszej rundzie wydaje się wątpliwe. Główny trener Lakers, JJ Redick, otwarcie przyznał, że jego drużyna wejdzie w fazę pucharową z rolą underdoga, niezależnie od tego, czy zmierzą się z Rockets w parze 4 vs 5, czy z Timberwolves w starciu 3 vs 6.
Redick nie owijał w bawełnę, wyrażając zaskakującą pewność siebie wynikającą z niedoceniania:
„Założę się, że wszyscy chcą z nami grać. Po prostu to ustalmy, wszyscy chcą zagrać przeciwko nam”.
Co więcej, Redick sugerował, że niektóre drużyny, takie jak Oklahoma City Thunder i wspomniani Nuggets, celowo oszczędzały swoich zawodników w piątkowych meczach, próbując manipulować końcowymi rozstawieniami w tabeli. To jest ta mentalność, którą Lakers muszą pielęgnować – skupienie się wyłącznie na sobie.
„Drużyny są w takiej sytuacji, że mogą już planować potencjalne starcia w drugiej rundzie. Widzimy, jak niektóre z tych zespołów w zasadzie odpoczywają całą swoją rotację, więc my nie możemy się tym przejmować.”
Redick podkreślił, że głównym zadaniem jest „odnalezienie formuły i wiary dla tej grupy, aby odnieść sukces.” To oznacza, że potencjalny odpoczynek dla LeBrona Jamesa w ostatnim meczu sezonu jest na stole, ale jeśli Lakers rzeczywiście celują w wyżej rozstawienie, może się okazać, że zagrają na sto procent, by zapewnić sobie to trzecie miejsce. Z pewnością pierwsza runda będzie dla nich prawdziwym testem charakteru i głębi składu.









