LeBron James akceptuje koniec legendarnej serii punktowej po wygranej Lakers.

Koniec pewnej epoki w NBA? LeBron James, mimo zwycięstwa Lakers, zakończył legendarną serię punktową, co wywołało burzę w świecie koszykówki. Najważniejsze, że Król potrafi przyznać, kiedy liczy się wygrana drużyny, a nie indywidualny rekord. Czy to znak, że nadchodzi era „Lakers 2.0”?

Koniec epickiej serii: 1297 meczów pod wodą

W nocy z czwartku na piątek Los Angeles Lakers wygrali z Toronto Raptors 123-120, zapewniając sobie cenne zwycięstwo po niesamowitym rzucie za trzy Lewsa Hachimury na buzzerze. Jednak uwaga mediów skupiła się na kimś innym. Mowa oczywiście o LeBronie Jamesie, który dopisał do swojego konta 11 asyst, ale jednocześnie po raz pierwszy od 2007 roku nie osiągnął granicy dziesięciu punktów. Ta niewiarygodna seria, obejmująca 1 297 spotkań ligowych z przynajmniej dziesięcioma punktami na koncie, wreszcie dobiegła końca. Z perspektywy statystycznego purysty to szok. Z perspektywy koszykarskiego purysty, to definicja sportowca, który stawia dobro zespołu ponad własną legendę.

LeBron, który w tym sezonie musi na nowo adaptować się do rytmu gry (rozegrał dotąd tylko sześć spotkań), zanotował zaledwie osiem punktów, trafiając marnie 4 z 17 prób z gry. Choć jego dorobek jest daleki od normy dla gracza jego kalibru, to faktycznie asysty okazały się kluczowe, zwłaszcza ta decydująca do Hachimury. Po meczu LeBron nie unikał tematu fenomenu, jakim było utrzymanie tej strzeleckiej konsekwencji przez blisko dwie dekady.

Dlaczego LeBron akceptuje kosztem rekordu rolę numer trzy?

Sezon 2025-26 dla Lakers jest fascynujący, choć Lewa wciąż nabiera tempa. Drużyna z Los Angeles zajmuje drugie miejsce na Zachodzie (16-5), ale w ofensywie to nie on dyryguje marszem. Mając na karku zbliżające się 41. urodziny, James zdaje się akceptować nową, przejściową rolę. Najbardziej elektryzujący statystycznie jest Luka Dončić, który w tym roku notuje średnio 35,3 punktu na mecz, udowadniając, że transfer do Kalifornii był strzałem w dziesiątkę. Jeszcze większym zaskoczeniem jest Austin Reaves, który notuje 28,9 punktu i wcale nie zamierza zwalniać tempa, nawet gdy na parkiecie jest Król.

James, celowo spowolniony i oszczędzany (co widać po jego statystykach rzutowych 41,3% z gry), przyznał po meczu, że wolałby, aby ta „wielka” seria skończyła się właśnie w ten sposób. W kontekście zwycięstwa nad Raptors, jego słowa brzmią autentycznie:

„To najlepszy sposób. Jeśli to musiało się skończyć, idealnym zakończeniem tej serii jest dzisiejszy wieczór” – powiedział LeBron Danowi Woike’owi z The Athletic. Dalej dodał, co jest kwintesencją jego podejścia: „To dosłownie to, kim jestem. To jest to, kim jestem… Zawsze chodziło o to: 'Jak wygrać ten mecz? Jak podjąć właściwą decyzję i wygrać mecz?’ Ta seria po prostu się wydarzyła”.

Ta wypowiedź, świadcząca wręcz o ulgi, że presja statystyk spadła, powinna być lekcją dla młodszych graczy. James nie walczył z własnymi ograniczeniami, by utrzymać serię; akceptował to, co jest najlepsze dla ofensywy, w której obecnie wydaje się być trzecim skrzypcem, jeśli chodzi o celowanie do kosza.

Ustawienie Lakers: Król w trybie dyrygenta

Filozofia gry Lakers w tym fragmencie sezonu jest jasna: odciążenie LeBrona, danie pola do popisu Dončiciowi i Reavesowi oraz pozwolenie Jamesowi na bycie wybitnym rozgrywającym, gdy tego wymaga sytuacja. W starciu z Raptors James pełnił rolę playmakera, notując dwucyfrową liczbę asyst, co świadczy o świetnym kontakcie z parkietem, nawet jeśli celność rzutowa szwankuje.

Z perspektywy eksperta, ten powolny powrót do formy i celowe zejście ze światła reflektorów w kwestii punktowania to klasa mistrza, który dba o swoje zdrowie i maksymalną dyspozycję na fazę play-off. Zamiast wymuszać rzuty, by utrzymać statystyczny symbol, James po prostu podawał do lepiej ustawionych kolegów. Kluczowe zwycięstwo z Toronto, zapewnione dzięki asyście LeBrona, potwierdza, że jego wartość mierzy się już dawno poza pułapem 10 punktów na mecz. Lakers muszą teraz kontynuować ten trend, zwłaszcza przed nadchodzącym klasykiem z Boston Celtics w piątek. Czy to przełamanie starych nawyków pozwoli im osiągnąć mistrzostwo, na które teraz celują Dončić i Reaves? Czas pokaże, ale fundamenty pod nową erę, choć oparte na weteranie, wydają się być solidne.

0 / 5. Ocen: 0

Maniak koszykarski od co najmniej dekady, oglądam wszystko, co się da, żeby być na bieżąco. Od kilku lat w redakcji odpowiedzialny za newsy ze świata koszykówki.

Podobne newsy

1 of 483