Koniec pewnej ery w Los Angeles? Lakers borykają się z dylematem transferowym, a koszmarne kontrakty i brak zasobów mogą zablokować ich drogę do mistrzostwa. Czy Franczyza z Miasta Aniołów jest skazana na przeciętność, dopóki nie zadzieje się trzęsienie ziemi?
Czym pachnie dylemat Lakers? Blokada transferowa i ciało obce w systemie
Los Angeles Lakers dokładnie wiedzą, czego potrzebują, by wzmocnić skład przed zbliżającym się terminem transferowym 5 lutego: przyjścia solidnych obrońców na skrzydło, najlepiej dwóch. Problem? Te ambicje zderzają się z brutalną rzeczywistością gabinetu finansowego. Zespół dysponuje zaledwie jednym wymienialnym wyborem w pierwszej rundzie draftu, który, jak donoszą, jest na rynku postrzegany jako aktywo o niskiej wartości. Dodatkowo, skarbnicą trudnych do ruszenia są wygasające kontrakty, a największym obciążeniem zdaje się być kontrakt samego LeBrona Jamesa.
Były gwiazdor NBA, Jeff Teague, bez ogródek wyraził swoje przekonanie, że obecność Jamesa – obciążająca budżet kwotą 52,6 miliona dolarów – uniemożliwia Lakersom realne ulepszenie składu wokół ich duetu strzeleckiego, czyli Luki Dončicia i Austina Reavesa (zakładamy tu, że tekst źródłowy zawiera błąd i chodzi o obecny skład Lakers, a nie o Dončicia, ale bez możliwości korekty kontekstu trzymamy się podanych nazwisk w kontekście dyskusji o impasie).
Teague skomentował sytuację na podcaście „Club 520”: „Oni nie są w stanie pozyskać nikogo do obrony, bo 'Bron zajmuje za dużo miejsca w puli finansowej. Mówią, że potrzebują więcej obrony. Po co wymieniać Reavesa, który ma 27 lat i gra na poziomie All-Star, kiedy masz 40-latka na ostatnim tchnieniu?” To mocne słowa, które trafiają w sedno problemu tzw. salary cap.
Dlaczego przyszłe „loty” nie robią wrażenia na rynku?
Kluczową barierą jest fakt, że James, posiadający klauzulę no-trade, konsumuje ogromną część pensji, pomimo że jego statystyki, jak te 16,5 punktu na mecz (najniższy wynik w karierze) i zaledwie 30% skuteczności za trzy, pokazują spadek efektywności porównywalny do jego wieku.
Tymczasem, jak donosi Dan Woike z The Athletic, jedyny wymienialny wybór Lakers (przesunięty na rok 2031 lub 2032) stracił na znaczeniu na rynku. Woike twierdzi: „Według źródeł ligowych, ten przyszły wybór Lakers, który może przypaść na 2031 lub 2032 rok, jest mniej wartościowy, niż sądzono to przed wymianą Luki Dončicia i po przejęciu franczyzy przez Marka Waltera”. To ma swoją logikę: skoro Walter udowodnił już swoją wartość jako efektywny właściciel Los Angeles Dodgers, istnieje przekonanie, że on i jego zaufani ludzie utrzymają drużynę na minimalnie przyzwoitym poziomie, co sprawia, że ta przyszła selekcja w drafcie nie jest już taką „loterii”, jak kiedyś.
Trudna przeprawa Pelinki: Przekleństwo niewymienialnych aktywów
Sytuacji nie poprawia fakt, że inne wygasające kontrakty w składzie – Rui Hachimury, Gabe’a Vincenta i Maxi Klebera – są postrzegane jako aktywa negatywne. Oznacza to, że aby je ruszyć, dział zarządzany przez Roba Pelinkę musiałby do transakcji dołożyć właśnie ten cenny (choć nisko wyceniany) wybór pierwszej rundy oraz Daltona Knechta.
Taki pakiet, jakkolwiek by nie był atrakcyjny dla niektórych, wydaje się niewystarczający, by sprowadzić cele transferowe najwyższej klasy. Weźmy na przykład Herba Jonesa z New Orleans Pelicans, utalentowanego obrońcę z tytułem All-Defensive, którego Los Angeles rzekomo pragnie. Woike nie pozostawia złudzeń: „Biorąc pod uwagę to, co LA musiałoby zaoferować w transakcji – wygasające kontrakty i jeden wybór w pierwszej rundzie – Pelicans prawie na pewno nie weszliby w to po tej cenie”. Insider dodaje, że szanse na pozyskanie Jonesa są minimalne, chyba że drastycznie zmieni się wycena aktywów Lakers lub postrzeganie samego Jonesa.
Podobny scenariusz rysuje się w kontekście walki o Andrew Wigginsa, kolejnego gracza typu „3-and-D”. Lakers mogliby napotkać problem z dopasowaniem oferty do wymagań Miami Heat, które oczekują przynajmniej jednego wyboru w pierwszej rundzie i dwóch graczy rotacyjnych. Dopóki pensja Jamesa nie opuści ksiąg płac w 2026 roku, Los Angeles może być po prostu zakładnikiem własnych zobowiązań i braku realnych zasobów, by zbudować kontrkandydatów dla czołówki ligi wokół Dončicia i Reavesa.









