Chicago Bulls od pół dekady dryfują w mętnym basenie fazy play-in, będąc ligowym konstruktem, który nie potrafi przesunąć szali w stronę realnej walki o mistrzostwo. Brak autentycznej gwiazdy, która pociągnęłaby ten zespół na wyżyny, sprawia, że fani zadają sobie jedno pytanie: czy ta struktura ma jeszcze sens? Liga patrzy na biuro Chicago z pewną dezaprobatą, a czas na podjęcie drastycznych kroków zbliża się nieubłaganie.
Czy Lou Williams ma rację? Czas na radykalne cięcie wiatraków
Sytuacja byków jest, mówiąc delikatnie, stagnacyjna. Dwadzieścia trzy zwycięstwa i dwadzieścia trzy porażki (stan na moment analizy) – bilans, który idealnie definiuje przeciętność. Byki, mimo że plasują się w czołówce ligi pod względem zdobytych punktów, nie potrafią przełożyć tego na konsekwentne wygrywanie. Ta dysfunkcja zyskała niedawno głośny komentarz od weterana parkietów, Lou Williamsa. W programie Run It Back udzielił on bolesnej, choć prawdopodobnie celnej diagnozy.
Williams stwierdził bez ogródek:
„To jest przeciętna drużyna koszykarska. Coś musi pęknąć. W tym momencie, gdybyś był Chicago Bulls, musiałbyś rozważyć wymianę każdego. Musisz wyczyścić dom, od góry do dołu, i posprzątać.”
Jego argumentacja jest prosta i dotkliwa: jeśli drużyna tej klasy nie potrafi rywalizować w i tak osłabionej Konferencji Wschodniej, to znaczy, że problem jest strukturalny, a nie periodyczny. Lou dodał, że fakt, iż Bulls nie są w stanie realnie myśleć o tytule konferencji, mimo że rywale wydają się być na wyciągnięcie ręki, to ostateczny dowód na potrzebę totalnej przebudowy.
Analitycy, w tym Bobby Marks z ESPN, umieszczają Bulls pośród „dealmakerów” (strona handlująca) Tiery 2. To nie jest kategoria drużyn walczących o najwyższe cele. Chicago jest postrzegane jako jeden z najbardziej prawdopodobnych kandydatów do „wyprzedaży” na rynku transferowym, zwłaszcza biorąc pod uwagę ich portfel kontraktów.
Od kogo zacząć demontaż? Coby White na sprzedaż?
Gdy mówimy o Chicago, naturalnie pojawia się nazwisko Cobiego White’a. Młodzieniec spisuje się znakomicie, notując statystyki na poziomie 19 punktów i 4,7 asysty na mecz. Jego wartość rynkowa jest obecnie prawdopodobnie najwyższa spośród graczy, których można by wymienić. Mówi się, że za White’a Bulls mogliby pozyskać cenne aktywa, w tym prawdopodobnie wybór w pierwszej rundzie draftu – coś, czego desperacko potrzebują, aby złapać wiatr w żagle.
Ale spekulacje nie ograniczają się tylko do niego. Ayo Dosunmu oraz były wysoki numer w drafcie, Patrick Williams, również są regularnie wymieniani w kontekście potencjalnych transakcji. Co więcej, termin wymian zbliża się, a wraz z nim presja związana z wygasającymi kontraktami. Zarówno White, jak i Dosunmu, spodziewają się latem znaczących podwyżek w nowych umowach. Czy Bulls chcą płacić za bycie „drużyną z play-inu”? Wątpliwe.
Dlaczego ta drużyna nie ma prawa istnieć? Brak materiału na mistrza
Prawda jest taka, że Bulls po prostu nie mają w swoich szeregach budulca, który pozwoliłby im realnie konkurować na Wschodzie. Nawet z obecnym składem trudno jest utrzymać tempo walki z czołówką Dywizji Centralnej, a co dopiero marzyć o potyczce z elitą konferencji. Złota era Michaela Jordana to odległe wspomnienie, a dzisiejsi Bulls operują w zupełnie innej lidze, mentalnie i sportowo.
Jeśli organizacja marzy o powrocie na szczyt, musi zaryzykować. Flipping (wymiana) graczy za aktywa draftowe w tym okienku transferowym to nie opcja, to konieczność strategiczna. Z perspektywy zespołu, który tkwienie w środku tabeli kosztuje miliony i lata rozwoju, mądrym ruchem byłoby maksymalizacja szans na trafienie z tegorocznym, obiecującym draftem.
Jeśli to oznacza wysłanie Cobiego White’a do Minnesoty Timberwolves – jak sugerowały niektóre plotki – albo znalezienie nabywcy dla Nikola Vučevicia, to niech tak będzie. Biuro Chicago musi wreszcie zorganizować „czystkę” (fire sale) i zacząć budować drużynę z młodymi talentami, a nie weteranami o średniej wartości. Przeciętność jest droższa niż przebudowa.









