Nikt nie wierzył, że New York Knicks wyjdą z dołka, a tymczasem drużyna zalicza drugie zwycięstwo z rzędu, zbijając po drodze solidnych Philadelphia 76ers. Kluczem do tej niespodziewanej reanimacji okazała się twardość pod obręczą i fantastyczna praca obronna, na której czele stał człowiek, którego niektórzy już skreślili – Mitchell Robinson. Ostatnie mecze to istny festiwal defensywnej siły, który każe zadać pytanie: czy Knicks wreszcie odnaleźli to, co ich definiuje?
Mike Brown nie owijał w bawełnę: Robinson jest fenomenalny
Po zaciętym triumfie nad 76ers (112-109), gdzie fizyczność na parkiecie była absolutnie kluczowa, trener Mike Brown nie szczędził słów uznania dla Mitchella Robinsona. Mówimy tu o drużynie, która musi radzić sobie z kontuzjami i rotacjami, która dopiero co wydostała się z długiego kryzysu wygranych. I nagle, w obliczu najlepszych centrów ligi, błyszczy Robinson.
Brown, po meczu, kategorycznie wskazał bohatera defensywy:
„Naszym zawodnikiem meczu w obronie był Mitch; był fenomenalny” – powiedział Brown. – „Mówię nie tylko o zbiórkach w ataku, ale był naprawdę dobry w obronie. Kilka piłek 50/50, świetnie zbierał, kilka bloków. Wielki wieczór Mitcha po stronie defensywnej.”
To nie są puste przechwałki. Robinson, grając 27 minut, miał zadanie wyczerpać z Joela Embiida, jednego z najtrudniejszych do krycia graczy na świecie. Choć Embiid i tak nabił 38 punktów, 11 zbiórek i 5 asyst, musiał się po prostu napracować na każdy punkt. Zwycięstwo Knicks oparło się na zdolności do zmuszenia rywali do ciężkiej pracy we własnym półkolu.
W cieniu Towns’a: Jak Robinson redefiniuje swoją rolę
Sytuacja Robinsona w Nowym Jorku jest skomplikowana i, szczerze mówiąc, momentami frustrująca dla kibiców. Problemy zdrowotne nieustannie kładły się cieniem na jego grze, uniemożliwiając mu budowanie regularności. Kiedy jest zdrowy, jest topowym obrońcą obręczy. Ale stabilność bywa tuż poza zasięgiem.
Potem przyszło sprowadzenie Karla-Anthony’ego Townsa, co zepchnęło Robinsona na ławkę rezerwowych. Brown postawił na bardziej tradycyjną rotację z Townsem kotwiczącym środek, co automatycznie zmniejszyło minuty i znaczenie Robinsona jako podstawowego defensora. Dziś Robinson jest reliktem dawnej świetności, wchodzącym, by dać energię i defensywny impuls, kiedy jest to najbardziej potrzebne.
I właśnie w starciu z Sixers ten impuls był jak zastrzyk adrenaliny. Wchodząc na parkiet, Robinson natychmiast ożywił obronę, poprawiał zbiórki i walczył o każdą niepewną piłkę. Jego obecność zmusiła 76ers do zmiany strategii w pomalowanym, co miało kolosalne znaczenie dla przebiegu meczu.
Blokada Embiida w trzeciej kwarcie i mentalność „następnego człowieka”
Patrząc na statystyki, Embiid miał potężny występ, ale to, co wydarzyło się w trzeciej kwarcie, to czysta alchemia defensywna Knicks. Po tym, jak 76ers wyszli na prowadzenie 68-65 na początku drugiej połowy, Knicks odpowiedzieli runem 25-9. Robinson był w centrum tej rewolucji.
Najbardziej uderzający jest fakt, że Robinson całkowicie wymazał Embiida z gry w tej kluczowej kwarcie. Był bez punktów. Dla MVP, który notuje 38 oczek, takie wymazanie na 12 minut to ogromne zwycięstwo dla obrony. Trener Brown miał rację – ograniczenie tak dominującego gracza nawet na krótko, w decydującym momencie, to wygrana.
Intensywność Robinsona przełożyła się na dominację w statystykach walki: Knicks zdobyli 19 zbiórek ofensywnych wobec zaledwie sześciu rywali, wygrywając walkę o punkty z drugiej szansy 26 do 4. Ta przewaga dodatkowych posiadań była fundamentem zwycięstwa.
Co ciekawe, ten defensywny przełom nastąpił tuż po tym, jak problemy z faulami i prawdopodobnie kontuzją (problemy z plecami) wyeliminowały z gry Townsa. KAT zagrał ledwie 16 minut, notując 10 punktów, zanim spakował się przez faule w drugiej połowie.
W tej sytuacji, reszta zespołu musiała włączyć tryb „next man up”. Jalen Brunson, który poprowadził zespół z 31 punktami, oddał hołd nowej filozofii:
„Oczywiście chcemy go (Townsa) na boisku, ale mamy mentalność zastępowania. Musimy znaleźć sposób, by wyjść tam i wykonać nasz plan gry najlepiej jak potrafimy i spróbować powiększyć przewagę lub ją zdobyć. Kontynuować grę w tempie, grać dobrą obronę, być fizycznym i po prostu wrócić do tego, co robimy” – mówił Brunson.
Robinson, wracając na parkiet, skopiował tę energię. Sam przyznał, że pierwsza połowa była dla niego osobiście słaba defensywnie, ale po przerwie nastąpił zwrot:
„Zablokowaliśmy się defensywnie” – skomentował Robinson po meczu. – „Wróciliśmy do szatni w przerwie, żeby zobaczyć, czego nam brakowało, zwłaszcza mi. W obronie w pierwszej połowie nie radziłem sobie za dobrze. Ale zdecydowanie w drugiej połowie wszedłem z większą energią.”
Ta zmiana narracji w drugiej połowie, napędzana przez niespodziewanego, choć utytułowanego weterana, jakim jest Robinson, pokazuje, że Knicks wciąż mają arsenał, który potrafi zaskoczyć rywali, gdy ich gwiazdy zwalniają tempo.









