Pistons zatrzymali serię Lakersów.

Zeszłotygodniowa passa Los Angeles Lakers wyglądała jak powrót do złotej ery – dziewięć kolejnych zwycięstw, efekt wspinaczki na trzecie miejsce Konferencji Zachodniej. Niestety, w poniedziałek w Detroit, Pistons postanowili brutalnie przerwać ten sen, serwując Jeziorowcom bolesną pobudkę. Czy ta jedna porażka symbolizuje koniec renesansu Lakers, czy też jest to tylko chwilowy przystanek w drodze po coś większego?

Gdzie podziała się magia dziewięciu wygranych? Analiza pogromu w Detroit

Oczekiwania wobec Los Angeles Lakers były wysokie, szczególnie po imponującej serii zwycięstw, która umocniła ich pozycję w tabeli Zachodu. A jednak, w Little Caesars Arena, Detroit Pistons okazali się sprytniejsi, skuteczniejsi i momentami po prostu bardziej zdeterminowani. Ostateczny triumf Pistons 113:110 był zasługą m.in. fantastycznego występu Danissa Jenkinsa, który zdobył rekordowe 30 punktów, trafiając kluczowe akcje w końcówce spotkania.

Lakers przez większość meczu grali pod presją, notując nawet 16 punktów straty w trzeciej kwarcie. Dopiero duet LeBron James i Austin Reaves podjął się heroicznego zadania reanimacji drużyny. „Obaj panowie zdobyli łącznie 21 punktów w samej trzeciej kwarcie, wciągając Los Angeles z powrotem do gry, która wydawała się już przegrana” – czytamy z analizy przebiegu meczu. Ta dwójka, często będąca motorem napędowym Lakers, pokazała swoją siłę, ale najwyraźniej sama nie wystarczyła, by dowieźć zwycięstwo.

Chaos panował w ostatniej minucie. Prowadzenie zmieniało się jak w kalejdoskopie, wręcz szarpanina o kontrolę nad parkietem. Ostateczny gwóźdź do trumny Lakers przybił Jenkins, pewnie wykonując rzuty wolne na dziewięć sekund przed końcem. Kluczowa akcja na końcu? Fatalne wybicie podania LeBrona przez Tobiasa Harrisa, odzyskanie piłki przez Lukę Doncicia, który jednak nie zdołał z czystym sumieniem oddać celu. Jalen Duren natychmiast zamknął przestrzeń, zmuszając Doncicia do nieprzygotowanego, dalekiego rzutu, który nie trafił nawet w obręcz. Koniec meczu.

Co ciekawe, gwiazdy Lakers miały mieszane statystyki. Luka Doncić zanotował 32 punkty na 29 próbach, co pokazuje, że musiał się mocno napracować. Co bardziej zaskakujące, LeBron James zanotował pierwszą połowę bez punktów od 2010 roku! Choć w drugiej części gry „Król” zebrał się na mocne 12 punktów, 9 zbiórek i 10 asyst, to jednak wolny start był bolesną raną. Reaves dołożył solidne 24 punkty i pięć asyst. Jak podsumował nastroje Austin Reaves: „Byliśmy na stracie, a potem walczyliśmy, by wrócić. Zrobiliśmy kilka naprawdę dobrych rzeczy, ale są też elementy, które musimy pilnie poprawić”.

Zdumiewająca pokora i test charakteru LeBrona

W obliczu tak nieoczekiwanej porażki, zwłaszcza po serii zwycięstw, uwaga naturalnie skupiła się na reakcji lidera. Mimo że Lakers byli osłabieni brakiem Marcusa Smarta i Rui Hachimury (drobne kontuzje), Pistons również grali bez Cade’a Cunninghama, co stawiało Detroit w gorszej sytuacji kadrowej na papierze. LeBron nie szukał usprawiedliwień.

Zamiast tego, skupił się na czymś, co uważa za esencję tego zespołu: odporności mentalnej. James stwierdził po spotkaniu: „Po prostu nasza twardość mentalna. Jesteśmy grupą o silnym duchu walki”. To jest ta miara kalibru światowej klasy sportowca – porażka jest faktem, ale nie definiuje ona podróży.

Lakers, mimo wszystko, wciąż utrzymują trzecie miejsce na Zachodzie, mając przed sobą zaledwie dziesięć spotkań do końca sezonu zasadniczego. „Streak jest skończony, ale pozycja jest nienaruszona” – taka jest esencja tej sytuacji. LeBron, jak przystało na weterana, już patrzył w przód: „To ostatni mecz wyjazdu. Mamy do załatwienia swoje sprawy”.

Co dalej? Indiana Pacers – sprawdzian na zamknięcie wyjazdu

Środa przynosi kolejny trudny test – wizyta w Indianie, aby zmierzyć się z Pacers. To ostatni przystanek wyjazdu i szansa, by zamknąć ten etap pozycji na wygranej, zanim drużyna wróci do Los Angeles.

Należy oddać Pistons to, co im się należy. Jenkins był fenomenalny, a ich obrona utrudniała życie ofensywie Jeziorowców, którzy popełnili 12 strat. Cieszy też forma rezerwowych, jak Duncan Robinson, który trafiał kluczowe rzuty z dystansu. Całościowo, to był solidny popis młodej ekipy Detroit, grającej z narastającą pewnością siebie.

Mimo że Lakers wygrali walkę pod koszem (58-48 w pomalowanym) i zanotowali 16 punktów z kontrataków, tego dnia po prostu nie było to wystarczające. Ta porażka nie jest katastrofą, ale ostrzeżeniem, że dominacja nad przeciwnikami nie jest dana raz na zawsze. Liga NBA, nawet w starciach z teoretycznie słabszymi, potrafi wystawić rachunek za choćby minimalną dekoncentrację.

0 / 5. Ocen: 0

Maniak koszykarski od co najmniej dekady, oglądam wszystko, co się da, żeby być na bieżąco. Od kilku lat w redakcji odpowiedzialny za newsy ze świata koszykówki.

Podobne newsy

1 of 483