Z głębokim smutkiem przyjęliśmy wieść o odejściu Rodney’a Rogersa, wschodzącej gwiazdy lat 90., którego kariera była pełna blasków, lecz zakończona tragicznym splotem okoliczności. Były gracz NBA, będący ikoną Wake Forest, zmarł w wieku zaledwie 54 lat, pozostawiając po sobie dziedzictwo niesamowitego talentu i niespodziewanej historii życiowej. To opowieść o sportowym hardkorze i brutalnej przewrotności losu, która uświadamia nam, jak kruche jest życie nawet największych atletów.
Rodney Rogers: Wczesna gwiazda, która przecierała szlaki
Świat koszykówki stracił w Rodney’u Rogersie nie tylko utalentowanego skrzydłowego, ale i gracza, którego styl gry wyprzedzał swoją epokę. Wybrany z dziewiątym numerem w drafcie NBA w 1993 roku przez Denver Nuggets, Rogers, po fenomenalnej karierze na uczelni Wake Forest, szybko wdarł się do ligi. Mówimy o 12 sezonach, 866 meczach w sezonie zasadniczym, ze średnimi 10,9 punktu, 4,5 zbiórki i 2,0 asysty – to solidne liczby, które nie oddają w pełni jego wpływu na parkiet.
Rogers był typem wszechstronnego zawodnika. W czasach, gdy „stretch four” nie było jeszcze modnym hasłem, on już potrafił rozciągać obronę, łącząc atletyzm młodego Zion Williamsona (choć bez tego szumu medialnego) z umiejętnościami, które później stały się standardem dla wysokich graczy. Jego NBA karuzela zatrzymała się na siedmiu zespołach. Z Nuggets trafił do Los Angeles Clippers, a lato 1999 roku przyniosło mu wolny agenturę i kluczowy przystanek w Phoenix Suns.
Szczyt formy w Arizonie i niesamowity wyczyn
To właśnie w Phoenix Rogers przeżył swoje najbardziej produktywne lata, rozgrywając tam dwa i pół sezonu. Momentem kulminacyjnym była nagroda dla Najlepszego Rezerwowego Roku (Sixth Man of the Year) w sezonie 1999–2000. Wtedy to zanotował 13,8 punktu, 5,5 zbiórki i 2,1 asysty, grając we wszystkich 82 meczach – hart ducha i niezłomność.
Jego legendarne momenty nie kończyły się na statystykach sezonowych. Pamiętny jest epizod, kiedy to w barwach Nuggets zdobył dziewięć punktów w zaledwie osiem sekund, odwracając losy meczu przeciwko… Phoenix Suns! To był czysty, nieskrępowany talent i umiejętność znajdowania się we właściwym miejscu we właściwym czasie. W rozgrywkach posezonowych Rogers także zostawiał po sobie ślad, notując średnie 7,9 punktu, 3,9 zbiórki i 1,4 asysty w 82 meczach play-off. Swoją (tymczasową) karierę zakończył w barwach Philadelphia 76ers w sezonie 2004-2005, po wymianie za Glenna Robinsona.
Po parkiecie: Ciężkie maszyny i nagły kres marzeń
To, co działo się z Rogersem po opuszczeniu parkietów NBA, jest fascynującym studium charakteru. Zamiast szukać łatwych fuch w telewizjach sportowych, były skrzydłowy wrócił do swojego rodzinnego Durham w Północnej Karolinie i zaczął pracować jako operator maszyn budowlanych. Jak dowcipnie podsumował jego agent, James „Butch” Williams, Rogers przyjął tę pracę, ponieważ: „on po prostu kocha wielkie ciężarówki”. Ta autentyczność i dystans do siebie to cechy rzadko spotykane u byłych gwiazd sportu. Poza tym zajmował się wolontariatem w szkoleniu dziewczęcej drużyny koszykarskiej oraz organizował pracownię komputerową w osiedlu socjalnym.
Niestety, życie miało dla niego cios, na który nie ma taryfy ulgowej. W listopadzie 2008 roku, wypadek na motocyklu terenowym zakończył jego mobilność, pozostawiając go sparaliżowanym od ramion w dół. To tragiczny paradoks, że zawodnik znany z niesamowitej sprawności fizycznej został uwięziony we własnym ciele. Wypadek ten był bezpośrednią przyczyną jego niedawnej śmierci z przyczyn naturalnych w wieku 54 lat. Pożegnalne słowa jego byłego kolegi z Wake Forest, Rusty’ego LaRue, brzmią jak idealne podsumowanie: „Błogosławiony byłem, że spędziłem jeden sezon z Rodney’em w Wake. Był tak wspaniałym człowiekiem, jakim był sportowcem”.









